Czasem słońce, czasem deszcz – kobieta w roli matki

M. na wyjeździe, prowadzi warsztaty dla mężczyzn, a ja sama w domu z moją trójką. Od rana mam fazę na sprzątanie. Chodzę po całym domu, z Noem zamotanym w chuście, i na każdym kroku mój wzrok pada na coś, co aż się prosi o ogarnięcie. Właśnie wysprzątałam kuchnię a tu wpadają starszaki, że będą robić granolę z jabłkami. Jeden głos we mnie woła: „O nie! Dopiero co posprzątałam! Wiem, że choć się zaklinają, że posprzątają po sobie, to i tak kuchnia nie będzie wyglądała jak teraz”. A drugi głos we mnie odpowiada: „W sumie to fajnie, że chcą sobie sami coś przygotować do jedzenia. Widzę, że są podekscytowani. Nie chcę im tego odbierać. Niech robią.”. Dogadujemy się co do przywrócenia ładu w kuchni i opuszczam to miejsce. Idę krzątać się gdzie indziej.

Po chwili dobiegają mnie odgłosy kłótni starszaków. O to, że Mati nie chce się dzielić granolą, którą zrobi. On, że nie musi, bo sam robi i że to jego. Ona, że to za mamy pieniądze, więc nie jego i takie tam. Przerywam więc moje tu i teraz przy przeglądaniu szafy (tyle ostatnio otrzymałam przepięknych ubrań, że potrzebuję pooddawać to, co bardziej może służyć innym niż mi) i idę mediować konflikt. Trochę to trwa, aż wkońcu jest ustalenie, że każdy robi swoją granolę. Jabłka zostały podzielone po trzy dla każdego. Wychodzę ponownie z kuchni w nadziei, że teraz będą mieć zajęcie i będę miała spokój, by być w swoim flow.

Wracam do przeglądania ubrań, a tu po chwili dobiegają z kuchni krzyki o jakiś dodatkowy kawałek jabłka, który ostał się w lodówce. Wybrzmiewa ze mnie „aaaaaaaaa!!!!” i postanawiam zrobić coś, żeby popracować nad złością wobec dzieci. Jestem bowiem świadoma, że tego typu sytuacje z dziećmi tak długo będą mi się pojawiać, jak długo w sobie nie przerobię tego, co jest do przerobienia. Takie lustro. Biorę pamiętnik i zaczynam wypisywać wszystko co mnie wkurza w dzieciach, dokładnie tak, jak to praktykujemy w relacji z M. Wypisuję, wypisuję, a po chwili przychodzi mi dodanie „Wdzięczność za:” i nastawiam radar na wyłapywanie w ciągu dnia też i tych momentów.

Piszę, piszę, a tu głos z kuchni: „Mamo, gdzie jest przepis? Gdzie go schowałaś?”. „No nie, znowu coś ode mnie chcą!”, zawołał mój wewnętrzny szakal. „Nie wiem, gdzie jest przepis, pewnie tam gdzie zwykle”, odpowiadam już z lekka poirytowana tym nieustannym wołaniem o moją uwagę i zaspakajanie potrzeb dzieci.

Mati wkurzony, że nie może znaleźć tego przepisu, wyładowuje złość na Poli podbierając jej kawałek jabłka. Znowu draka i wołanie z kuchni. Wołam syna i mówię: „Znajdę Ci ten przepis, ale Ty też mi pomóż i pozmywaj podłogę, ok?”. Godzi się i zabiera do roboty, ja po chwili znajduję niebieską małą karteczkę z przepisem. Cieszę się na myśl, że teraz już będą mogli robić swoje a ja swoje, w dodatku mam umytą podłogę. Po chwili znów głośny sprzeciw Matiego, że Pola nie może jeszcze robić granoli, bo on jeszcze zmywa i chce pierwszy, i że to dzięki niemu mają przepis.

Biorę głęboki oddech, pomagam im się dogadać. I tak pierdyliard razy tego dnia. Potrzeby, potrzeby, potrzeby dzieci.

W pewnym momencie czuję jak w ciele bucha energia złości. Zaczynam ryczeć (jak w dynamicznej Osho w fazie „going crazy”), co starszaki podłapują wiedząc już, że to oznacza, że jestem wkurzona i że z tego może być niezła zabawa. Klikam w sobie ten wkurw i wchodzę w to. Rozpoczyna się wojna na poduchy. A ja faktycznie wyrzucam to, co we mnie. Walę mocno tymi poduchami z tekstami: „mam już dość tego Waszego nie sprzątania po sobie!!!”, „będzie mi tu porządek czy nie?!!!”, „tylko mamo to, mamo tamto!!!”. Dzieci są przeszczęśliwe, wchodzą w tą zabawę na maksa. A ja czuję przyjemne ożywienie w ciele. Energia złości znalazła ujście i została transformowana w energię radości.

Zjadam kawałek granoli, motam Noego i idziemy do lasu. Jest cudnie. Wczorajszy deszcz sprawił, że las pachnie jeszcze intensywniej, a przykurzona zieleń nabrała blasku. Oddycham.

Naładowana dzwonię po starszaków, by wyciągnąć ich z domu na rowery. Zgadzają się. Po chwili telefon i płacząca Pola. Znowu sprzeczka o to, kto ma zamknąć mieszkanie. Przypedałowali, pojeździli trochę na hopkach i znów zaczyna się: „Pić. Wody!”, „Pójdziemy na lody?”, „Mamo, patrz, jak podskakuję”. Ogarnia mnie zmęczenie. Po chwili widzę Polę zmierzającą w moim kierunku z przejęciem na twarzy i zadrapanym, z lekka krwawiącym kolanem. „Nie dostała uwagi wcześniej, to podświadomie zawołała o nią w taki sposób, wywalając się na rowerze”, pomyślałam.

Wracamy do domu „po plasterek”, a mi odchodzi już ochota pójścia na lody. Mam już tylko jedno pragnienie: położyć się i odpocząć. Pora dla Noego już do spania, więc myślę sobie: „Położymy się, nakarmię go, on zaśnie, a ja razem z nim”. Prawdopodobnie wyczuł moje oczekiwanie bo wcale nie zasypiał. Leżał i stawał się coraz bardziej niespokojny. Rezonował z narastającym napięciem we mnie. I płacząc artykułował to, co ze mnie do tej pory nie wybrzmiało głośno. Takie energetyczne podłączenie dziecka do matki. A ja leżałam obok i z każdą chwilą czułam narastające zmrożenie, bezsilność, niemoc, złość, frustrację. Wiedziałam, że pewnie jakbym wstała i się zamotała w chustę, to pewnie by od razu zasnął, ale głos we mnie krzyczał, że nie będę się po raz setny tego dnia motać w tą pieprzoną chustę!! Chcę leżeć !!! Chcę spać !!!

Noe leżał obok płacząc coraz głośniej, a ja byłam w stanie tylko zmieniać mu pozycje w sposób mało czuły i delikatny, co budziło głos mojego wewnętrznego krytyka. „Trudno, kontinuum przerwane, matka odrzuca emocjonalnie dziecko”, przemknęła myśl. I w tym momencie podłączyłam się pod szloch Noego, zaczęłam łkać i cały smutek, napięcie, frustracja znalazły ujście. Dziecko nie musiało już tego nosić za mnie. W głowie rozbrzmiewały mi słowa: „przepraszam, wybacz mi, proszę, dziękuję, kocham Cię”. Z każdą łzą serce oczyszczało się i przychodziło mi „przepraszam” do dzieci za różne trudne sytuacje, które ostatnio miały w naszej rodzinie miejsce, a za co mieli mi za złe. Leżałam, leżałam i w pewnym momencie przyszła mi też wizja mnie samej, takiej maleńkiej, jak Noe, którą jakaś kobieta w białym fartuchu (pielęgniarka?) w ten właśnie sposób, taki trochę bezduszny, „obsługiwała”. Coś puściło… I przyszła mi niewypowiedziana ochota, by dać dzieciom pieniądze i by poszły i kupiły sobie tyle lodów, ile tylko zapragną. By poczuły tą obfitość, w sposób, w jaki pragną.

Po chwili Pola przyszła do sypialni, spojrzała na mnie i powiedziała widząc mój smutek i łzy: „mamo, bo mi też się chce płakać”. „Już jestem zmęczona tym wszystkim”, powiedziałam przez łzy. Pola zaczęła mnie tulić i masować moje stopy. Potem poszła do Matiego i słyszałam jak w kuchni ugadują się, kto, co sprząta.

O nic nie prosiłam. Po prostu pozwoliłam sobie na puszczenie tego wszystkiego, co we mnie, na bycie autentyczną. Położyłam Noego na moich piersiach i zasnął. A ja razem z nim. Rano, gdy weszłam do kuchni, w połowie lśniła J

Jest to opowieść o tym, jak łatwo, z roli matki można się zatracić w tym bezustannym byciu dla dzieci, przy ich potrzebach. Latami to przerabiałam. Gdy 8 lat temu urodziła się Pola a ja zachłysnęłam się rodzicielstwem bliskości i chciałam dużo dawać z siebie. Doprowadzając się do granicy. A potem wahadło się wahnęło w stronę roli kochanki do życia, do siebie i potrzeby dzieci zeszły na drugi plan. Bo nie było równowagi między troską o ich potrzeby, a dbaniem o moje własne. Jak łatwo się nadużyć, przekroczyć, nie zadbać o własną równowagę i dobrostan. Tyle razy już doświadczyłam tego, żeby zostawić dzieci w tych ich sporach, zostawić to sprzątanie, iść do lasu, wyciszyć się, oddychać, wyjść z przestrzeni gdzie zrobiło się zbyt gęsto. A jednak wciąż wpadam w te same dołki. I na nowo przypominam sobie, jak mogę następnym razem inaczej zadbać o siebie. Bo dbanie o siebie samą, kochanie samej siebie jest dla mnie podstawą. Podstawą mojego dobrostanu, mojej radości w życiu, szerokości strumienia miłości przepływającego przeze mnie, który może rozlewać się na moje dzieci, mojego mężczyznę i świat wokoło.

Jest to też opowieść o tym, dlaczego moje serce woła o własne plemię, gdzieś w naturze. Bo zamknięta z dziećmi w mieszkaniu matka, jest z góry skazana na frustrację. To jest po prostu nie naturalna przestrzeń do życia w wolności, do wychowywania dzieci w przepływie miłości. Pragnę żyć w miejscu gdzie są inne kobiety, które mogą przejąć Noego, gdy jest taka potrzeba, gdzie są inni dorośli, którzy mogą współuczestniczyć w pokazywaniu dzieciom, jak żyć we wspólnocie, gdzie robię krok za drzwi i już jestem w Naturze. Jest to też opowieść o tym, że nasze „marzenia codziennością” to nie tylko chwile zachwytu i radości, ale także chwile złości, smutku i bycia w czarnej d… Ale po tym, jak już wyjdziemy z czarnej d… widzę, ile dobrego to przyniosło, ile się oczyściło, ile nowych jakości wniosło do naszego życia.

Add Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *