Gdy nic nie muszę i pozwalam sobie płynąć…

Zbudziliśmy się nad ranem. Za oknem jeszcze ciemno. Leżałam zanurzona wciąż we śnie. Po chwili poczułam delikatny dotyk M. na mym ciele. „Mogę przyjmować”. „Mogę się rozluźnić”. „Nic nie muszę”, przebiegła myśl. To dla mnie całkiem nowe podejście, którego nieustannie się uczę, bo przez wiele lat mojego życia towarzyszyło mi poczucie powinności, że mam coś odwzajemniać, niejako zadawalać mężczyznę, bo… jak nie, to… i tu moje lęki podpowiadały mi przeróżne scenariusze, włącznie z tym, że „pójdzie do innej”.

M. dotykał moją szyję, włosy, stopy, tak jak lubię. Nie czułam za specjalnie wzbierającej fali energii seksualnej. „Nie muszę czuć”, pomyślałam. „Tak też jest dobrze”. Przyjmowanie w pełni w tu i teraz. Głęboki wdech, wydech. A wraz z nim pomruki przyjemności. Poczułam, że to mruczenie całkiem zabawne jest. Usiadłam na M. i zbliżając me usta do jego uszu wyszeptałam słowa, które wywołały lekką falę drgań w jego ciele. Mruczałam dalej czując, jak z chwili na chwilę te odgłosy przybierają na sile a we mnie budzi się uśpiona dotąd dzikość. Palce u mych dłoni przybrały kształt drapieżnych pazurów i owładnęło mną pragnienie drapania, wgryzania się w ciało M. niczym dzika zwierzyna. Przed oczyma stanął mi obraz drzewa w ciemności, a zza niego wyglądającą czujnie, groźnie pokazującą kły, ostrzegawczo pomrukującą pumę. „Mogłabym Cię rozszarpać na kawałki”, poczułam tą energię w sobie. Jednocześnie moje zęby wbijały się w szyję, w brodę, w ramię M. na tyle mocno, by odczuł ból. Czułam w sobie zew walki.

M. zaczął delikatnie mnie głaskać, jakby chciał wyciszyć tą dzikość i wzbudzić we mnie czułość. „To nie to”. „Nie teraz”. Moja energia płynęła w zupełnie przeciwnym kierunku. Gdy M. usiadł na mnie i chwycił mnie za nadgarstki przytrzymując tak, że nie mogłam się ruszyć, zapragnęłam kopać, drapać, gryźć, wierzgać nogami co sił, wyrywać się i kąsać przy każdej próbie zbliżenia.

Gdy znalazłam się na M. zaryczałam co sił prosto w jego usta. Odpowiedział tym samym. To było ekscytujące i głos z mej głębi pragnął więcej, mocniej, aż do granic. I wówczas przemknął we mnie subtelny lęk. Bo w tej dzikości wyrywało się ze mnie pragnienie przejechania M. po twarzy pazurami choćby do krwi, albo i dalej…

Odsunęłam się. Oddychałam. I wówczas przyszły do mnie słowa znanej bajki: „Namalowałem kota i sam się go przestraszyłem”. M. na to: „Nie musisz się bać”. „Nie boję się”, odrzekłam. „Czego Ty się boisz?”. „Zarżnięcia”, usłyszałam. I potem leżeliśmy obok siebie, rozmawialiśmy i zanurzaliśmy się w to, czego przed chwilą doświadczyliśmy. To był piękny proces uzdrowienia tej części jego męskiej esencji, która została w dzieciństwie wykastrowana.

Moje serce się cieszyło. A jednocześnie pozostało we mnie poczucie zwyciężenia nad moim mężczyzną i jakieś takie poczucie zawodu. Bo w głębi mego kobiecego jestestwa pragnęłam dojść do granic mej dzikości i poczuć jak mój mężczyzna ją poskramia. Dając mi odczuć całym ciałem, pełnią swojej obecności, świadomości, całym sobą, kto tu jest silniejszy, kto tu przewodzi. A wówczas ja mogłabym się w pełni odprężyć, poddać i ufać memu mężczyźnie w imię miłości i oddania.