Rozstanie rodziców – „A co z dziećmi?”

Najczęstszym pytaniem, obawą, jaką słyszę, gdy dzielę się moją historią, jest: „A co z dziećmi? Jak one się w tym odnalazły?” lub że wyrządziłam dzieciom straszną krzywdę i że będą miały traumę do końca życia.

Wraz z przyjściem na świat mojego drugiego dziecka, weszłam na ścieżkę rodzicielstwa bliskości. Byłam bardzo mocno przy potrzebach dzieci. Tak jak kobiecość może przejawiać się w różnych rolach: matki, kochanki, królowej, wojowniczki i „wise woman”, czyli „tej, która wie”, ja przez całe lata byłam w roli matki. Pozostałe role praktycznie nie były obecne w moim życiu. Brak tej równowagi między innymi miał wpływ na rozpad mojego małżeństwa.

Miałam wówczas silne przekonanie, że mama i tata razem to dla dzieci podstawa, by mogły zdrowo wzrastać, że „dzieci są najważniejsze”. I że rozpad rodziny to dla nich wielka trauma. Sama pochodzę z rodziny, w której rodzice się rozeszli i zawsze sobie powtarzałam, że ja tak nie postąpię. Gdyby półtora roku temu ktoś mi powiedział, że wyjdę po 16 latach pracy z Ministerstwa, rozejdę się po niemal 20 latach bycia w związku, zakocham w innym mężczyźnie i dziś będę w szóstym miesiącu ciąży, nie uwierzyłabym. Ja? To niemożliwe.

Moje dzieci wzrastały w takim domu, w jakim sama się wychowywałam. Rzekłabym, bardziej funkcjonalnym, czyli ogarnięta codzienność i niby wszystko zaopiekowane. Ja starająca się być jak najbliżej ich potrzeb i emocji. Ale brakowało w nim najważniejszego. Przepływu miłości. Nie mogła ona rozlewać się szerokim strumieniem na mój dom, bo nie było jej we mnie.

Na mojej drodze powrotu do siebie, do kochania siebie taką jaką jestem, do widzenia swoich potrzeb, pragnień, zaczęłam odkrywać własną, latami uśpioną kobiecość i seksualność. Zaczęłam bardziej czuć siebie, swoje ciało, dopuszczać do głosu moje własne emocje. Każda łza oczyszczała moje serce, które się mogło otwierać i ufać i coraz bardziej odczuwać radość. Za tym głosem serca podążyłam. Było we mnie ogromne pragnienie domu przepełnionego ciepłem i miłością.

Dzieci przychodzą na świat, by doświadczać tego, czego doświadczają. Każdy ma swoje do przerobienia w ten, czy inny sposób. Dla mnie najważniejsze jest, by moje dzieci mogły być sobą, by wiedziały, czego pragną w życiu, co jest ich Prawdą, a co jest im wrzucone. By odkrywały i podążały za tym, co ich ekscytuje. Między innymi dlatego są w edukacji demokratycznej, która ich w tym wspiera. Ale wierzę w to, że dzieci przede wszystkim uczą się przez naśladowanie, chłoną to, co w nas, rodzicach, niczym mózgowe wi-fi. I pokazują nam to pięknie, niczym w lustrze, swoim zachowaniem, swoimi trudnościami.

Usłyszałam swego czasu od Agnieszki Stein (propagatorki nurtu rodzicielstwa bliskości), że dzieci doświadczają trudnych przeżyć w każdej rodzinie, i takiej, gdzie mama i tata są razem, i takiej, gdzie są osobno. Nie tyle znaczenie ma samo trudne doświadczenie, ile to, jak się je przeżywa. Ja staram się, jak potrafię, towarzyszyć dzieciom na tej drodze. Mieć uważność na to, z czym są, rozmawiać o tym i uczyć ich, jak mogą sobie radzić w trudnymi doświadczeniami i emocjami.

Czuję, że w tej całej zawierusze, coś straciły – wspólny dom, poczucie jedności rodziny, a coś zyskały. Brata, który niebawem przyjdzie na świat. Mamę w rozkwicie, która podąża w życiu za tym, czego pragnie. Mamę, która jest znacznie bardziej w swej autentyczności, kobiecej esencji, dzięki czemu może obdarowywać ich miłością, empatią, zrozumieniem. Ale taką wypływającą z serca, a nie z głowy, „bo z dziećmi trzeba spędzać czas”. Tatę, który jest w swojej męskości bardziej ugruntowany i który odkrywa swoje pasje. Dzięki temu dzieci mogą chłonąć te jakości. Czuję, że jest to ważne dla syna, który jako 10-latek wyszedł już spod skrzydeł mamy i poszedł bardziej w stronę męskiego i dla córki, której mogę przekazywać bardziej kobiecą esencję.

Widzę także, że wpływ na dzieci ma to, jak ja mam się w relacji z ich tatą, na ile on akceptuje to, co się wydarzyło, na ile ja akceptuję jego nową rzeczywistość. W moim poczuciu ten proces rozstawania się był w swej trudności, całkiem łagodny i taki we wzajemnym szacunku i trosce o dzieci. One to czują.

Dzieci zyskały także nowych, mądrych, dorosłych, którzy towarzyszą im na ich drodze wzrastania. Jesteśmy rodziną „pachworkową”. Dzieci są tydzień u taty a tydzień u mnie. Gdy są u taty doświadczają jego obecności pełniej, a ja mam wówczas przestrzeń dla siebie, wejścia także w inne kobiece role i zagłębienia się w relację z M. Dzięki temu, gdy dzieci są u mnie, mogę być z nimi bardziej obecna, być z poczucia pełni a nie braku we mnie.

Ale są też chwile, kiedy z moich oczu płyną łzy. Kiedy ogarnia mnie smutek, że moje dzieci nie mają domu, w którym mama i tata są razem, w miłości, że czegoś nie byłam w stanie, jako matka im dać. Chwile takie, jak ta w sylwestrową noc, kiedy zapytałam syna, czego by sobie życzył na nadchodzący rok, a on odrzekł: „żebyście Ty i tata byli razem”. Przytulam go wówczas i pozwalam temu smutkowi wybrzmieć – w nim i we mnie samej. Przytulam też swoje własne wewnętrzne dziecko. Bo wiem, że w tym smutku jest też moja własna historia.

Mamy z M. w naszej codzienności taki filtr patrzenia na rzeczywistość. Głowa, emocje i serce. Co mówi każde z nich. Gdy jest się w głowie, w emocjach, to niemal na pewno nie jest się w sercu. Bo serce ufa, akceptuje, pomieszcza i obejmuje swym strumieniem miłości wszystko. Wszystko co się przydarza, wszystko z czym jesteśmy.

Taka przestrzeń miłości zawitała i rozkwita w naszym domu. Nie oznacza to, że zawsze jest tylko pięknie i łatwo. Mamy swoje „ups&down”. Dla M. też wyzwaniem było wejście do domu, w którym są dzieci. Ale gdy jest komunikacja, bliskość, intymność, gdy jest wsparcie i wzajemne inspirowanie się i nasza pasja do rozkminiania i wchodzenia głębiej w to, co zadziewa się w nas, w dzieciach, między nami, czuję, że na tych trudnych momentach wzrastamy wszyscy i pogłębiamy naszą studnię relacji. Widzę, jak wiele dobrego zadziało się w dzieciach, w tym, z czym one się mierzyły, kiedy w domu zapanowała równowaga jakości kobiecych i męskich.

I czuję wdzięczność za te chwile, kiedy leżymy wszyscy razem: ja, Pola, Mati i Mariusz w łóżku przed snem i każdy po kolei opowiada bajkę albo Pola prosi Mariusza, by opowiedział jeszcze jedną, śmieszną historię ze swojego dzieciństwa. I chwile, kiedy leżę z Polą w wannie i rozmawiamy sobie o ciąży, o porodzie, i mogę jej pokazywać ten aspekt kobiecości. I chwile, gdy M. „naparza się z Matim” pokazując mu, czym jest prawdziwa męskość w czuciu, albo chwile, gdy w niedzielny poranek Pola z radością kładzie obrus na stół i jemy wszyscy wspólnie śniadanie przy zapalonej świeczce a każdy mówi intencję na ten dzień. W powietrzu unosi się wówczas to ciepło, harmonia i to głębokie poczucie, że „wszystko jest tak jak być powinno”.

Ewa

Add Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *